Pre wiosna zimą

Pre wiosna zimą

Pre wiosna zimą, mamy taką pogodę że już nie wiadomo jaka jest pora roku. Z tego powodu, że mamy bardzo duże wahania w pogodzie, za czym idą wahania temperatury, moja pociecha bardzo szybko łapie choroby. Plus to że, padliśmy ofiarą chorych dzieci, przyprowadzanych do przedszkola. Zaowocowało to tym, że prawie 2 tygodnie mieliśmy wycięte z kalendarza. Najpierw półtora tygodnia chodziliśmy z kaszlem i glutem przecinający wargę, bez wyraźnych objawów choroby. Więc gdy już choroba rozwinęła się w pełni, wylądowaliśmy na tygodniowym zwolnieniu na antybiotyku. Ma to swoje dobre i złe strony. Dobrą stroną jest to, że mogliśmy spędzić ze sobą bardzo dużo czasu. Który był pełen wspólnych chwil, radość i zabaw, miłości. Wspólnego czasu którego na codzień, jest tak mało. A złą stroną było to, że Mistrzu walczył z prawie 40 stopniową gorączką. I trochę się umęczył ciągłym siedzeniem w domu.

Gdy poczuliśmy się już trochę lepiej, a pogoda zacząła zmieniać się w bardziej wiosenną, postanowiliśmy wybrać się z naszymi pociechami po buty. Aby z grubych zimowych, wskoczyć w buty przejściowe. W tamtym roku kuono butów było małą tragedią. Gdyż musieliśmy bardzo długo wybierać, szukać odpowiedniego modelu z odpowiednim rysunkiem. W tym roku, zaskoczenie. Cała operacja “buty” trwała niespełna 30 minutek. Z czego 10 minut dzieciaki biegały po sklepie, ciesząc się ze swoich nowych zakupów. Udało nam się kupić dokładnie takie same, tylko że w większym rozmiarze. W zeszłym roku młodemu bardzo się podobały, wiec w tym także. Przy okazji kupiliśmy nowe kapciuszki do przedszkola, z obrazkiem super koparki.

Kupno butów okazało się wielką radością, zabawą i przygodą. W związku z tym, że w miarę szybko i sprawnie udało się to załatwić, zostało nam jeszcze trochę czasu. Więc zadecydowaliśmy, że udamy się do naszej ulubionej kawiarni dla dzieci. Czyli poszliśmy do malinowa. Spędziliśmy tam, popijając herbatkę i jedząc tosty, przemiłą i urocza godzinę. Dzieciaki w tym czasie, biegały, jadły i bawiły się, nawet o dziwo zajmując się sobą.

Związku z nadchodzącą wielkimi krokami wiosną, postanowiliśmy całkiem spontanicznie że wybierzemy się hulajnogą na plac zabaw. Ten zlokalizowany kilka przystanków od naszego domu. Już kiedyś o nim pisałem. Bardzo duży plac zabaw, z wieloma atrakcjami, z częścią dla najmłodszych, z częścią dla starszych, i z miejscami z których może korzystać dziecko w każdym wieku. Gdy dojechaliśmy na miejsce, okazało się że, na taki sam pomysł wpadły nasze dziewczyny. Tylko one wybrały się rowerem. M przyjechała rowerem, otwierając tym samym sezon rowerowy. Znowu dzieciaki miały szansę, spokojnie się pobawić, pohasać po karuzelach, po trampolinach, po zjeżdżalniach. Świeciło piękne słoneczko, pogoda była przecudowna, chociaż że rano nie zapowiadało się na to. Skończyło się tym, że około dwóch godzin spędziliśmy na placu zabaw, i wracając do domu, bateryjki Mistrza wyczerpały się. Wracałem trzymając go śpiącego na jednej ręce, w drugiej ręce trzymając hulajnogę i kask, a na plecach trzymając plecak z jego rzeczami. Jest najsłodszym ciężarem, jaki przychodzi mi dźwigać. Po powrocie do domu położyliśmy się i zdrzemnęliśmy razem. Po drzemce okazało się, że już jest odpowiedni czas na to, żeby wyruszyć na imprezę urodzinową na którą zostaliśmy zaproszeni.

W związku z tym, że byliśmy chorzy, a wcześniej rozchorowała się moja przysposobiona córcia. Ominęła nas jedna impreza urodzinowa. Nastepnie druga impreza urodzinowa. W końcu gdy wyzdrowieliśmy, udało nam się zaległą zabawę doprowadzić do skutku. Jadąc w gości, wstąpiliśmy do kwiaciarni. Kupiliśmy dla jubilatki bukiecik pieknych kwiatów. Wybierał oczywiście Mistrzu, kupiliśmy również ładny wiosenny bukiecik dla mamy jubilatki. Gdyż w gości nie przychodzi się z pustymi rękoma. Gdy dotarliśmy na miejsce, rozpakowaliśmy nasze bukiety z papieru. W drzwiach z prezentem w jednej ręce, z kwiatami w drugiej ręce Młody przywitał się z jubilatką.

Przed samym wejściem, starałem się wyjaśnić Synowi, jaki obowiązuje savoir-vivre w tej sytuacji. Jak należy postępować z kobietami, do których przychodzi się w gości. Córcia bardzo się ucieszyła z kwiatów, nawet wieczorem mówiła do swojej mamy, żeby spojrzała jakie ładne kwiateczki dostała na urodziny. Początek imprezy odbywał się pod znakiem małego zgrzytu. Młoda broniła swojego terytorium, i nie chciała za bardzo dzielić się swoimi zabawkami. Co zaowocowało tym, że ja bawiłem się z Mistrzem, a M bawiła się z córką. Jednak po pewnym czasie, doszło do zgody i zaczęli bawić się razem, oraz zaczęli się między sobą dogadywać i dzieli zabawkami. Biegali, śmiali się, wymyślali coraz to nowe zabawy i zajęcia. M przygotowała ze swojego autorskiego przepisu krewetki na słodkim groszku, które wyszły rewelacyjnie. Normalnie palce lizać, coś pysznego. Zajadałem się nimi z ogromną przyjemnością. W ramach podwieczorku, była kawa w filiżance na spadku z ogromną porcją bitej śmietany. Jednym słowem, wieczór pełen rozpusty kulinarnej i towarzyskiej.

No i wróciła zima w nasze skromne progi. Rozpoczęła się piątkową śnieżycą, która całkowicie sparaliżowała ruch na ulicach, spowodowała ogromne opóźnienia komunikacji, lecz za to sprawiła ogrom radości i szczęścia mojemu dziecku. Już od piątkowego wieczoru doszliśmy do wspólnego porozumienia, że wybieramy się nastepnego dnia na sanki. Więc od sobotniego poranka, podróżowaliśmy po osiedlu i okolicach na sankach. Które z jednej strony są wspaniałym środkiem transportu, bo nie muszę nosić swojego zmęczonego zabawą dziecka, a z drugiej strony są źródłem wielkiej frajdy i zabawy. Jednak sobotni śnieg, dość szybko zaczął się roztapiać w promieniach pięknego słońca. Co pokrzyżowała nam w połowie dnia plany. I musieliśmy zmienić środek transportu, na motobuty.

Pojechaliśmy na chwilę do domu, zostawiliśmy sanki i ruszyliśmy do babci. U której od jakiegoś czasu już nie byliśmy. Ilość biegania i zabawy jakie małym uskuteczniał na sankach, spowodowała że usnął mi w drodze. Skończyło się tym, że niosłem go przez całą dystans, od autobusu do samego domu babci. Gdzie kontynuował smacznie swoje spanie. Korzystając z chwili że on spał, wykorzystałem to i także się położyłem na szybką dwugodzinną drzemkę regeneracyjną. Spowodowała ona, że miałem więcej werwy i siły. Obudziłem młodego o 19:00 i ruszyliśmy w stronę domu. Gdy dotarliśmy na miejsce, zjedliśmy coś na szybko i nawet bez mycia,położyliśmy się do łóżka. Na standardową książeczkę, piosenkę i spanie. A co było dalej, już nie pamiętam, bo w okolicach 22:00 usnąłem razem z Młodym i obudziliśmy się dopiero rano. Z nadzieją na nowy wspaniały, pełny przygód dzień.

  • 9
  •  
  •  
  •  
  • 9
    Shares

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *